SOKOLIKI

Tak dziś szaro, …tak dziś smutno….. Świat się rozpłakał, wiatr chmury opętał, …..i wszystko zamarło po cichu. Taki dzień. Wiem. Tylko mu się poddać i cierpliwie ranka czekać. A on da nowe, czyste spojrzenie. Rozpędzi się siłą nową i o wczoraj pamiętać już nie będzie….

Wsadzam więc nosa w ostatnie lato. W sokoliki, moje piękne sokoliki :)

No i od razu mi lepiej :) To magiczne miejsce, i jak się okazuje wcale nie trzeba tam się znaleźć by magię tę poczuć, wystarczy je sobie mocno wyobrazić….. nawet zaczynam czuć zapach :)

mokro-leśny zapach zimnej wody polany na rozgrzaną słońcem skałę :), tak, właśnie tak go sobie wyobrażam :)

GÓRY SĄ JAK „WYSTAWIENIE PYSKA Z KLATKI”

…..góry są we mnie od zawsze, są we mnie bardzo mocno . Był wrzesień 2010, Mount Blanc, od 10 lat rozrysowywałam na karteczkach trasę krok po kroku, i tak bardzo chciałam………

Ale nie napiszę o tym co czułam idąc, ….będąc, wracając…. ta historia jest nie do opowiedzenia…..

Dla mnie góry żyją, …góry szepczą, czasem śpiewają, góry pachną, ….cudownie pachną, czarują tym zapachem, ….góry dotykają, góry słuchają, W górach człowiek zamienia się w górę, roztańczoną, rozśpiewaną górę, i przy tym tak bardzo spokojną. To góra odcina człowieka od trosk, które umościły się w dolinach. To góra pozwala nam spojrzeć na nas samych jak w odbiciu lustrzanym, widzimy siebie tam na dole zaplątanych w ten cały zgiełk cywilizacji, pozbawionych wolności chcenia, nie chcenia…. To stąd możemy zobaczyć jak wielka jest klatka, w której daliśmy się zamknąć, …….klatka , ….po klatce, …idź, usiądź, pracuj, urodź, zarabiaj, kup to, kup tamto, ubierz się w to, ubierz się w tamto, wyglądaj tak, czy tak, mów to, czy tamto ……pracuj, by móc zarabiać, zarabiaj by móc wydawać, …….wydawaj, to będziesz musiał zarabiać, zarabiaj, a na to będziesz musiał pracować…… gówniane koło. Nie bym była nie szczęśliwa, jestem, bardzo jestem….. Lecz choć czasem udaje mi się wystawić pyska z tej klatki i zaczerpnąć świeżego spojrzenia….., to czuje też te sznureczki, które pociągają mną niekiedy jak marionetką, …..


Góry są jak „wystawienie pyska z klatki” :))

….tak często chce mi się ryczeć z tęsknoty do nich…


FREYR, LE CHAMONIX, SPALONY ŁOŚ

Przed wyjazdem czytałam w jednym z przewodników, że powinnam spotkać na miejscu trzy knajpy….. Rzekomo tę właściwą poznam po tym, że dwie pozostałe będą wiały pustkami, ….a w tej jednej będzie gwarno i pełno ludzi umorusanych skałą….

poznałam, ……ale nie po tym

Teraz we wszystkich trzech wiało pustkami……

Zaglądamy przez okno, rzuca się nam w oczy samotny łoś na kominku, który pomimo dramatycznej sytuacji, która go spotkała w życiu, nie stracił swego uśmiechu z twarzy :) wygląda jakby czekał na nas, i już w tej sekundzie wiem, że muszę go uratować….., zabieramy go ze sobą :)

……miejsce pochłonięte przez żywioł w jednej chwili……, można zamknąć oczy i spróbować sobie wyobrazić, jak języki ognia jeden po drugim zaspakajają swój głód pochłaniając wszystko co im do paszczy wpadnie, …..jak iskry ulatują w otchłań uwalniając naturze całą energię tego miejsca, ….jak belki jedna po drugiej trzaskają waląc się na ziemię, …..jak kłęby czarnego dymu jednoczą się z niebem….. pożar w swej potędze nieposkromiony….

Jednak wszystkie najistotniejsze punkty tego miejsca wyłaniają się z tej czarności…. Jakby postanowiły się zjednoczyć i przetrwać ten moment razem……

Nalewak dumnie pręży swe ramiona, stojąc nadal w gotowości do zaspokojenia spragnionych ludków, którzy gromadzili się tu po dniu pełnym zmagań w skale…..


Lodówki są jeszcze pełne napojów, prócz tych procentowych, które zapewne same wyszły, ….pozostawiając po sobie białe kółka….. :)

Jak się później dowiadujemy knajpa spłonęła jakieś trzy tygodnie temu, i tak jak się domyślamy, ludzie szepczą, że nie był to przypadek, ….zapewne właścicielowi knajpy z sąsiedztwa niechcący upadła zapalona zapałka, ….albo iskierka z jego kominka poleciała z wiatrem, równie niechcący, …..albo karnisterek z paliwkiem się przewrócił na niedopałek od papierosa, NIECHCĄCY !!!!!!!!!!

Odpowiadając na nawoływania ciszy, która krzyczy w tym miejscu, zapewne po raz ostatni daje się obsłużyć temu miejscu i pozostawiam jedną ze swych myśli przy kominku….

a w zamian zabieram łosia…. Uśmiech na jego twarzy teraz sięga już prawie uszu !! :) Wygląda na naprawdę szczęśliwego. Pewnie nasłuchał się w życiu swoim przy tym kominku, ….pewnie jeśli chodzi o prawdy życiowe jest teraz mądrzejszy ode mnie….

ŻEBY TAK ŁOSIE POTRAFIŁY GADAĆ, ….POCZEKAM DO WIGILII :))

p.s. poszukuje zdjęć tego miejsca i łosia sprzed pożaru, może ktoś dysponuje?

FREYR, PSIKUS STWORZYCIELA

W sobotę już nie mogę się doczekać „o poranka”….. Jak dziecko czekam na każdą wycieczkę. Plecak, termos, lizak i w drogę….

Zaczynamy od Namur, urokliwej miejscowości ścielącej się wzdłuż rzeki Mozy. Rześkie, wilgotne, pachnące jesienią, poranne powietrze… Tutaj mąż, jako spec w dziedzinie, przekazuje mi kilka tajników jeśli chodzi o fotografowanie. Ćwiczę się pilnie przez resztę dnia…..


30 kilometrów dalej zatrzymujemy się w Dinant. W samym centrum miasteczka pionowa skała, nad którą wznosi się ufortyfikowana Cytadela z XI wieku, która została wybudowana by móc z niej kontrolować dolinę Mozy…



Naszym celem jest jednak FREYR. Słynny rejon wspinaczkowy, która tym razem mamy na celu jedynie spenetrować, by wiedzieć jak się przygotować do prawdziwej wspinaczki następnym razem. Więc jedziemy. Poszukujemy Pałacu (domu) naszego „Papy”, czyli obecnie sprawującego władzę nad Państwem (Belgią) Króla FILIPA I . Bo to po przeciwnej stronie ma się znajdować jedna z najurokliwszych i najwyższych skał :) Droga wije się wzdłuż rzeki przecudnie… Jest i Pałac….., i rzeka, …..i co …… tak wpław? Jedziemy dalej szukać ratunku w przeprawie.



Mostu nie ma, ale też jest fajnie :) „Prom”, ….prom w cudzysłowiu :), jest to malutka łódeczka z „pamperkiem”, który liną przeciąga swoją łupinkę wraz z turystami, przez dzień cały, ….z jednego brzegu na drugi, …i z drugiego na pierwszy. Bardzo miły, młody człowiek, na kacu gigancie, ….więc mu mówię, że się nie dziwie, bo przecież sobota ranek, …a on mi na to, że czy to wtorek, czwartek czy sobota – zawsze ma tak samo :)



Ruszamy wzdłuż rzeki. Po trawie, polanami i między krowami…… Jak to człowiek potrafi pięknie się zrelaksować w takim otoczeniu. Góry wokoło są jak tama, która nie przepuszcza żadnych trosk…… jest tak sielsko, nawet krowy przeżuwają leniwie z uśmiechem na twarzy :)

Gdy zaczynam słyszeć dźwięki obijających się o siebie ekspresów i karabinków przypiętych do uprzęży….. nawoływania asekurujących chcących zmobilizować swoich przyjaciół na linie, ….tam w górze, robi mi się jeszcze milej….



Imponująco….. ,co też ludziom (i mnie poniekąd również) brakuje w tych główkach, której klepki, że to robią….? Ja wiem, …..ale nie powiem, bo w mgnieniu każdy chwycik w skale będzie zajęty :)




„Wspinamy” się na dziko, wzdłuż skały….. A tam, na górze, ….klęka u naszych stóp cała dolina….


W takich chwilach człowiek nabiera szacunku do stworzyciela świata….., na temat, którego możemy jedynie wymyślać sobie przeróżne teorie….. I w jako jednej z niewielu teorii, które głosimy, nikt nam zaprzeczyć nie może, ….bo i nikt prawdy swej pewien być nie może….. no chyba, że ja , swojej…. :)

Na koniec w dość dramatyczny sposób się zagubiliśmy, noc nadchodziła wartko, w lesie mościła się ciemność i towarzyszyła nam świadomość, że ostatni kurs „promu” 19.30….. Zeszliśmy ze szlaku, przedzieraliśmy się przez pachnący grozą wąwóz, i żaden kierunek nie wyglądał na dobry kierunek….

Seba przystanął: DLACZEGO KURWA, JA SIĘ ZAWSZE DZIWIĘ LUDZIOM, KTÓRZY ROBIĄ TO SAMO W HORRORACH ?

Teraz gdy piszę, naszła mnie myśl nad tym, że ta rzeka choć zupełnie prosta na mapie w odcinku, który przemierzaliśmy, na tych zdjęciach cały czas skręca w prawo….

Czyżby to kolejny psikus stworzyciela, który chciał się zamanifestować w naszym świecie, …..motywując do zastanowienia nad tym czym jest to co widzimy, a czym to co chcemy zobaczyć…..?